czwartek, 27 stycznia 2011

Wojciech Mann "Rockmann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Bardzo miło jestem zaskoczona tą książką. Mimo, że nie do końca rozumiałam wszystko, bo muzyka jazzowa to nie mój konik, to nie mogę zaprzeczyć, że to dobrze napisana biografia Wojciecha Manna związana z muzyczną częścią jego życia.
Wszyscy go znamy. Jedni z radia inni z  telewizji, a jeszcze inni z festiwali i koncertów.
Tym razem przedstawia się z muzycznej strony. Nie ma tu historii rodzinnych, telewizyjnych czy plotkarskich.

„Potraktujmy to wydawnictwo jako wspomnienie o tym, jak przez kilka dziesięcioleci żyłem muzyką. To moje życie muzyką było dość pasożytnicze, ponieważ sam jej nie tworzyłem”

Jego wielka miłość czyli muzyka towarzyszy mu już od młodzieńczych lat i rozwija się wraz z rozwojem Polski tak naprawdę. On rozwija się intelektualnie, a kraj multimedialnie.

Pierwsze radio, pierwszy gramofon., pierwsze amerykańskie płyty. Pomiędzy faktami, co się słuchało kiedy p. Wojtek był w liceum, historie w stylu jak odmładzano płyty by je sprzedać. A czytelnik się uśmiecha. Może współczesny młody czytelnik powinien docenić realia w jakich teraz żyje. Kiedyś o wiele trzeba było się dobrze wystarać, a co dopiero o dobrą muzykę.
O radiu Luxemburg chyba każdy słyszał, ale kto wtedy był gwiazdą to już gorzej. Tutaj poznajmy całą śmietankę. Ten moment dla mnie chyba najgorszy, bo zupełnie nie wiedziałam o czym mowa, ale łatwość z jaką się czytało spowodowała, że mimo to byłam zainteresowana i poczytałam potem w internecie co nieco na ten  temat.

„Moje zainteresowanie muzyką spowodowało, że- w dużej mierze pod moim wpływem -  liceum zaczęła tworzyć się grupa, głównie chłopaków, podobnie jak ja zakręconych na punkcie rock and rolla”

Kolejny etap to zespół i reakcja otoczenia. Czas legitymacji, rozgłośni harcerskiej i Paula Anki. Tu poznajemy kolejny pikantniejszy fakt: jaki wpływ miał W. Mann na koncert Rolling Stonesów w 1967 w Polsce. Polecam. Również wspomnienia z innych koncertów powodują, że czytelnik czuje się jakby tam był. Większość z nich jest jazzowa. Dlatego polecam tą biografię szczególnie fanom tego rodzaju muzyki.

„Słuchanie muzyki, rozmawianie o niej, czytanie o niej i ciągłe jej poznawanie nie wystarczało”

Następna praca to bycie radiowcem w Programie III Polskiego Radia, które na początku było dość elitarne, ze wzg. na zakres fal. Oczywiście z tym wiążą się kolejne, również poza muzyczne historie, charakterystyczne dla lat KC PZPR. Audycja radiowa Mój Megafon, Karta mikrofonowa czy pisanie piosenek przez Manna to nie znane mi dotąd epizody z jego życia.

„Krążyło kiedyś takie powiedzenie, że jak uruchomiono w Polsce telewizję, to poszli tam pracować ci słabsi, którzy nie nadawali się do radia”

Etap telewizyjny i wizyta Wojtka w Cannes to etap dość zaskakujący również chyba dla niego samego. Zaś etap Radia Kolor, już bliżej mnie samej bardziej znany, został dość pobieżnie jak dla mnie opisany. Moment, który wybrał Wojciech do opisania tego etapu, dość znaczący jak się później okazuje, ale jednak za mało jak na takie wydarzenie.

I idąc ku końcowi, przypominamy sobie jakie to koncerty i festiwale prowadził Wojciech Mann. Madness, Stevie Wonder, Sopot, Mrągowo. I wiele prywatnych wspomnień.

Podobało mi się na tyle, że potrafiłam się zaśmiać czytając tą biografię. Nie są to suche fakty, a wiele wspominek pisanych  wciągającym  językiem. Przy tym towarzyszące fotografie, które idealnie oddawały to co się czytało.
Na szczęście bohater nie narzeka na czasy w jakich żył, a opowiada jak sobie radził, by realizować swe pasje. Optymizm udziela się również czytelnikowi. Chwilami ma się wrażenie, że czasy PRL wcale nie były takie złe.
Minusy? Dla mnie książka za krótka, momencikami może zbyt pobieżna, cena za nią nieadekwatna do ilości treści.

Wydawnictwo: Znak
Okładka: twarda
Ocena: 4,5/6

Brak komentarzy: